O mnie słów kilka.

O mnie :

Jestem warszawianką od wielu pokoleń. Tu się urodziłam, wychowałam, uczyłam i tutaj pracuję.

Zawsze byłam osobą manualnie uzdolnioną: rysowałam, malowałam, szydełkowałam, robiłam swetry na drutach, haftowałam, szyłam ubrania, robiłam zabawki dla dzieci, układałam przestrzenne kompozycje z roślin, które sama preparowałam.

Ukończyłam wyższą uczelnię w czasach dynamicznych zmian politycznych. Wówczas trzeba było na nowo zastanawiać się, co  faktycznie potrafi się robić i dzięki czemu można będzie przeżyć. Moje umiejętności w połączeniu z wiedzą wyniesioną z uczelni przydały się w dalszym życiu. Przez lata codzienne obowiązki wypełniały moje dni. Nie zaprzestałam jednak rozwoju moich umiejętności manualnych. Poszukiwałam swojej drogi w metaloplastyce, jubilerstwie, koronkarstwie i  towarzyszącym mi przez większość życia – hafcie gobelinowym. Zawodowo zajmowałam się projektowaniem ogrodów.  Wszystkie te działania przynosiły mi dużo zadowolenia, ale nieodmiennie czułam pewien niedosyt. To jednak nie było to…

Nowy biznes po 50 ?!

Mijały lata i w moim życiu pojawiły się znaczące zmiany. Dzieci wyprowadziły się z domu i znalazłam czas na realizowanie swoich ukrytych marzeń. Jako dojrzała kobieta zdecydowałam się na założenie własnego biznesu. Było mi łatwiej, bo miałam wsparcie męża, który od lat prowadził własną firmę i pomagał mi rozwiązywać pojawiające się problemy. Wiedziałam, czego chcę i ufałam własnym umiejętnościom, co dawało mi siłę do działania. Musiałam się zmierzyć z wieloma trudnymi zadaniami. Jednym z poważniejszych okazało się zdobycie rozmaitych rodzajów wełny tkackiej, wystarczająco wytrzymałej, by nadawała się do naprawy dywanów i kilimów. Tutaj z pomocą pospieszyli ludzie, którzy współpracowali ze mną przy wcześniejszych projektach zawodowych. Zaczęła do mnie napływać wełna z całego świata. Wszyscy byli zafrapowani moją decyzją, a jednocześnie bardzo życzliwie nastawieni do mojego pomysłu.

Kolejnym progiem, który musiałam pokonać był lokal. Jak się zapewne domyślacie Warszawa nie jest tanim miastem dla wynajmujących, a przestrzenie komercyjne osiągają horrendalne ceny. Bardzo potrzebowałam miejsca do pracy, ale również do magazynowania rosnących zapasów materiałów do napraw. W tej sytuacji zwróciłam się z zapytaniem o możliwość wynajęcia pomieszczenia, do dyrekcji „Dobrego Miejsca” przy ul. Dewajtis. Szczęście mi sprzyjało. Ostatnie, wolne pomieszczenie z oknami, mogłam wynająć za akceptowalną dla mnie kwotę.

Wreszcie miałam miejsce, gdzie mogłam pracować, przyjmować klientów i poukładać swoje skarby.  Starałam się też promować swoją firmę w przeglądarkach i mediach społecznościowych. Zdjęcia dokumentujące moje realizacje i dowcipne komentarze zaczęły przyciągać coraz więcej klientów. Pracownia pękała już w szwach, bo materiałów do napraw wciąż przybywało, a i dywanów i kilimów do naprawy również. Okazało się, że pomieszczenie, które wynajęłam jest już dla mnie za małe. Zwłaszcza, że przyjęłam wówczas na praktyki studentów.

Nowa pracownia!

Dyrekcja Dobrego Miejsca nie miała żadnych wolnych przestrzeni. Znów zaczęłam poszukiwania lokalu. Niestety, tak jak poprzednio, koszty wynajmu lokali komercyjnych, znacząco przekraczały moje możliwości finansowe. Któregoś razu, tak jak codziennie, zaparkowałam mój samochód przy Willi na Dewajtis. Mój wzrok po raz pierwszy spoczął na starych drzwiach garażowych. Pomyślałam – a może tutaj?

Umówiłam się z Administratorem na obejrzenie lokalu. Po zniszczonym i zarośniętym chwastami podjeździe zeszliśmy na dół. Z trudem otworzyły się stare metalowe drzwi. Moim oczom ukazał się widok jak z filmów grozy – sterty starych gratów, zdechłe myszy i czarne pajęczyny od sufitu, aż do ziemi. Urocze widoki dopełniał odpadający płatami tynk i pozalewane ściany.  Nikt, nigdy nie wynajmował tych pomieszczeń, więc stały się składem rzeczy zbędnych.

Opuszczone pomieszczenia
Opuszczone pomieszczenia
Obecny wygląd wejścia do pracowni
Obecny wygląd wejścia do pracowni

Chce Pani zobaczyć dalej? – usłyszałam.

A jest jakieś dalej? – zapytałam.

Okazało się, że jest i to był największy szok. Pierwsze pomieszczenie to był dawny garaż z obskurną umywalką. Za to za drzwiami kryły się dwa bliźniacze pomieszczenia wysokie na trzy i pół metra. W sumie ponad 100 metrów kwadratowych powierzchni! Tylko pozostało doprowadzić to wszystko do stanu używalności. Trzy miesiące trwały prace, w które zaangażowani byli pracownicy Dobrego Miejsca, mój mąż oraz ja. Wreszcie udało nam się przenieść pracownię do nowych pomieszczeń. Była jesień, a na wiosnę następnego roku wybuchła światowa pandemia. Przetrwaliśmy dzięki Państwu, wysyłaliście do nas przez kurierów tkaniny do naprawy. My je poddawaliśmy renowacji , odkażaniu i odsyłaliśmy do Was. Sami też chorowaliśmy.

Wejście do pracowni przed remontem
Wejście do pracowni przed remontem
Wejście do pracowni w trakcie prac
Wejście do pracowni w trakcie prac

Teraz pracujemy i staramy się zapomnieć o tych smutnych czasach. Nieodmiennie serdecznie zapraszam do pracowni, która dzięki życzliwości i zaangażowaniu wielu osób, mieści się pod Willą przy ulicy Dewajtis 3 w Warszawie.

Pracownia naprawy dywanów i kilimów stała się miejscem, w którym mogę w pełni wykorzystać swoje zdolności i wiedzę. W renowacji starych tkanin odnalazłam radość, której tak długo poszukiwałam. Dywany i kilimy stały się moją pasją. Nie tylko je naprawiam, ale też kolekcjonuję. Wertuję książki i nieustannie poszerzam wiedzę o tych niezwykłych tkaninach. Obecnie jestem, przez wiele osób w Polsce, traktowana jako ekspert w tej dziedzinie.